Warszawa jako stolica Polski została wyłączona przez planistów Armii Krajowej, z powstania strefowego pod kryptonimem akcja „Burza”. Rozwój sytuacji wojennej oraz geopolitycznej zmusił dowództwo podziemia do zmiany tych planów. Postanowiono wywołać powstanie w stolicy.
Powstanie warszawskie rozgrywało się w trzech równoległych przestrzeniach: na barykadach, w piwnicach i w kanałach.
Od momentu podjęcia decyzji o włączeniu stolicy do walk w ramach akcji „Burza” nie było zbyt wiele czasu na przygotowanie szczegółowej taktyki walki w mieście. Rozwój starć ulicznych w dalszym okresie powstania wskazuje na to, że u zarania było ono improwizacją. Co więcej, w pierwszych godzinach jego trwania Warszawa zamieniła się w wielkie pole walki, którego nikt nie kontrolował. Panował chaos. Od początku zwyciężali w większości Niemcy. Po klęsce na Mokotowie, Żoliborzu, Ochocie, w dużej części też na Woli (powstańcom udało się opanować Stare Miasto, Czerniaków i częściowo Śródmieście) okazało się, że główne założenia powstania nie zostały osiągnięte. Oddziały, które nie zrealizowały swoich celów, zaczęły opuszczać Warszawę, co uszczuplało i tak wątłe siły powstańcze. Dowódcy powstania stanęli przed zasadniczym pytaniem o szanse jego powodzenia. Gdy zastanawiali się nad tą kwestią, na scenę dramatu wkroczył jeszcze jeden ważny aktor, czyli ludność cywilna Warszawy. To ona spontanicznie zaczęła budować barykady uliczne w mieście. Początkowo powstawały one w sposób nieprofesjonalny i bezładnie. Na te pierwsze barykady składały się wszystkie rzeczy, jakie były pod ręką. W ich wznoszeniu w pierwszych dniach powstania udział chciał wziąć niemal każdy Warszawiak, bez względu na status majątkowy, wykształcenie czy wykonywany zawód. Była to potrzeba chwili, aby mieć własny wkład w uwolnienie Warszawy od Niemców.
Co prawda już od 1940 r. w konspiracji planistycznie zajmowano się tematem stawiania barykad (gdzie je najlepiej sytuować). Jednak latem 1944 r., w przeddzień powstania, nie zastanawiano nad tym, gdyż zakładano, że powstanie zakończy się zwycięstwem po kilku dniach.
Po tym pierwszym, spontanicznym, zbudowaniu barykad do pracy przystąpili fachowcy, czyli saperzy. Zaczęli wyszukiwać najlepsze miejsca na ich usytuowanie. Nadzorowali przebudowę dotychczas powstałych i wznosili nowe. Zgodnie z ich założeniami barykada powinna być wysoka do 2 m, a nawet wyższa; powinna mieć odpowiednią strukturę wewnętrzną; powinny do niej prowadzić rowy dobiegowe. Wbrew przekazom filmowym barykady nie należało stawiać na początku ulicy, ale w jej głębi, aby zwiększać obrońcom możliwości pola ostrzału zarówno z okien, jak i balkonów wychodzących na daną ulicę. Na każdej barykadzie służbę pełniło zazwyczaj dwóch powstańców, wypatrujących Niemców i w odpowiednim momencie alarmujących jej obrońców oczekających w piwnicach czy mieszkaniach przylegających do barykad. Obie walczące strony uczyły się specyfiki walki miejskiej. Niemcy do zdobywania barykad wykorzystywali nie tylko środki wojskowe (ostrzał artyleryjski, broń pancerna), lecz także w wielu wypadkach ludność cywilną pędzoną przed szturmującymi. Dochodziło do dramatycznych sytuacji. Powstańcy starali się bronić barykad jak najdłużej, gdyż poddanie jednej mogło się okazać poważnym wyłomem w całej linii obrony. Dodatkową trudnością było utrzymywanie łączności między poszczególnymi barykadami. Warto pamiętać, że oddziały powstańcze nawiązywały ze sobą kontakt radiowy za pośrednictwem Londynu. Tym samym bardzo ważną rolę odgrywali łącznicy. Barykady z jednej strony tworzyły punkty obrony, z drugiej zaś stanowiły ochronę dla ludzi przemieszczających się po powierzchni, choćby przed tzw. gołębiarzami. Ponadto dawały osłonę, umożliwiającbezpieczne przejście między poszczególnymi ulicami. Po zdobyciu barykady do jej rozbiórki Niemcy wykorzystywali mieszkańców Warszawy.
Rozmówca zwraca uwagę, że powstanie warszawskie to tak naprawdę kilka powstań. W zależności od dzielnicy różnie wyglądała narracja o jego przebiegu. W odmienny sposób kształtowały się też losy ludności cywilnej poszczególnych dzielnic. Wola i Ochota zostały dość szybko spacyfikowane, a ludność cywilną i rannych powstańców wymordowano. Na Starówce istne piekło zaczęło się w drugiej połowie sierpnia. Czerniaków dopiero we wrześniu stał się taką rozbudowaną wersją Starówki. Zupełnie inaczej przedstawiało się to na Żoliborzu, gdzie przez większość powstania toczyło się w miarę normalne życie, a krwawe walki rozegrały się w ostatnich jego dniach.
Mimo walk ludność cywilna musiała prowadzić codzienne życie. To zmodyfikowane życie społeczne zaczęło się na Starówce. Tam właśnie nastąpiła ważna zmiana – miejscowa ludność przeniosła się z mieszkań do piwnic, które dawały pewną ochronę przed ostrzałem i bombami. W tym samym czasie ludność Mokotowa czy Żoliborza mieszkała jeszcze w domach. Od pewnego momentu życie piwniczne stało się najbardziej powszechnym doświadczeniem powstania. Poza ludnością cywilną przebywali tam także powstańcy i znajdowały się szpitale powstańcze. W takich miejscach ukrywano też zabytki polskiej kultury. Wraz z upływającym czasem ludność cywilna stawała się zakładnikiem dramatycznej sytuacji. Nie mogła opuścić piwnic i danego kwartału miasta, gdyż wiązałoby się to z rozebraniem barykady. Jej obecność w mieście stanowiła ważny czynnik psychologiczny dla powstańców. Życie w piwnicach było doświadczeniem traumatycznym. Na Starówce były one ciasne, ciemne i wilgotne, gdyż w dużej części znajdowały się pod budynkami mającymi kilkusetletnią historię. Inaczej wyglądały one w zabudowie dziewiętnastowiecznej czy dwudziestowiecznej. Gdy życie się zaczęło przenosić do piwnic, stopniowo dostosowywano je do funkcji, jakie miały spełniać. Przebijano ściany między nimi, tworząc ciągi komunikacyjne. Gotowano tam posiłki, odprawiano msze, organizowano przedstawienia dla dzieci, aby choć na chwilę oderwać je od otaczającej je grozy. W piwnicach musiano też przygotować miejsca do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Co charakterystyczne, życiem w piwnicach zarządzały kobiety (ich rola była nie do przecenienia), gdyż mężczyźni przebywali na górze. Najdokładniej to życie piwniczne opisał we wspomnieniach Miron Białoszewski.
Niezmiernie istotną sprawą były relacje między powstańcami a cywilami, podlegające ciągłym zmianom. Początkowo ludność cywilna entuzjastyczne wspierała powstańców m.in. w budowie barykad, przygotowaniu dla nich szpitali czy kuchni polowych. To się jednak szybko skończyło, gdy dotarły wiadomości o zbrodniach niemieckich na Woli i Ochocie. Stosunki między powstańcami a ludnością cywilną Warszawy wraz z upływającym czasem stawały się bardzo napięte. Powstańcy spotykali się z niechęcią, a czasami nawet wrogością. Zdawali sobie sprawę, że prowadzona przez nich walka niesie ze sobą dramatyczne konsekwencje dla Warszawiaków, ale nie mogli tego okazywać.
Kolejnym kręgiem powstańczego piekła były kanały. Przed 1 sierpnia nikt nie zakładał ich wykorzystywania w czasie walk. Szybko okazało się, że mogą służyć jako drogi łączności, dostarczania broni, amunicji i środków opatrunkowych, umożliwiają ewakuację rannych, a później całych oddziałów powstańczych z poszczególnych dzielnic (Starówka, Mokotów). Pomysł wykorzystania kanałów narodził się wskutek braku jakiejkolwiek łączności z Mokotowem. Szukano sposobu dotarcia do tej dzielnicy. Łączniczki zeszły do kanału włazem umiejscowionym na Placu Trzech Krzyży i doszły do Mokotowa.
W relacjach powstańczych, które opisują zejście do kanału, przebija motyw przejścia do innego świata. Z jasności dnia wchodziło się w absolutną ciemność. Świat kanałów to cisza. Nie wybuchały pociski artyleryjskie ani granaty, nie było ciągłego ostrzału z broni maszynowej. Słyszało się odległe dudnienie i szum wody kanałowej. Wyczuwało się smród, choć nie w każdej części. Największy problem stanowiło sprawne poruszanie się po kanałach i niezabłądzenie. Próbowano je znakować, aby ułatwić przejście. W niektórych odcinkach kanałów trzeba było się czołgać w nieczystościach. Jedna z najważniejszych tras kanałowych wiodła ze Starówki na Żoliborz. Była to jedyna droga, którą utrzymywano łączność między obiema dzielnicami. Niemcy generalnie bali się schodzić do kanałów. Starali się jednak utrudniać powstańcom komunikację kanałową, zakładając różnego typu pułapki. Dochodziło do walk w kanałach, ale i tak powstańcy czuli się w nich bezpieczniej. Towarzyszyło im przeświadczenie, że nagle nie spadnie bomba ani nie pojawi się czołg niemiecki. Tym samym wiedzieli, że w kanałach przewaga technologiczna Niemców maleje. Liczyła się lepsza orientacja w podziemnym labiryncie i refleks. Z biegiem czasu (wrzesień 1944 r.) Niemcy opracowali strategię, która pozwoliła im na odzyskanie przewagi (wpuszczanie sprzężonego gazu trującego oraz substancji żrących). Na początku września kanałami ewakuowano załogę broniącą Starówki (podziemna trasa trwała około dwóch godzin). Prawdziwa apokalipsa nastąpiła w końcu września 1944 r., w czasie ewakuacji tym samym sposobem z Mokotowa do Śródmieścia (podziemny marsz trwał 7–9 godzin). Niemcy wlewali substancje żrące. Podczas tej ewakuacji część powstańców zabłądziła lub wyszła na powierzchnię w miejscach opanowanych przez Niemców. W trakcie podziemnej wędrówki ludzie tracili zmysły, a niektórzy popełniali samobójstwo.
Ludzie ginęli w kanałach, ale dzięki podziemnym trasom ewakuacji wielu powstańców i cywilów uratowało życie.
Zapraszamy do wysłuchania i obejrzenia rozmowy z Sebastianem Pawliną, pracownikiem Muzeum Historii Polski w Warszawie.
Korekta językowa Beata Bińko
