Codzienność żołnierzy warszawskiego Kedywu nie sprowadzała się tylko do akcji dywersyjnych i walki z okupantem, wypełniała ją również troska o mieszkanie, wyżywienie i utrzymanie bliskich. Służba konspiracyjna przeplatała się z pracą zarobkową, życiem rodzinnym i towarzyskim. Kedyw powstał na początku 1943 r. z połączenia Związku Odwetu i „Wachlarza”. W jego struktury trafiali ludzie z różnych środowisk społecznych – zarówno robotnicy, jak i przedstawiciele klasy średniej, arystokracji, z doświadczeniem wojskowym lub bez niego, a także cichociemni. Tworzyli go przeważnie młodzi ludzie, dwudziestoparolatkowie wychowani w kulcie powstania styczniowego. Osoby bez przeszkolenia wojskowego często dobrze odnajdywały się w walce dywersyjnej, bo myślały nieszablonowo. Takim przykładem był Józef Rybicki – jeden z dowódców Kedywu Okręgu Warszawskiego AK, z wykształcenia filolog klasyczny, przed wojną dyrektor gimnazjum. Rybicki interesował się życiem i potrzebami podkomendnych, spotykał się z nimi i był dla nich w pewnym stopniu wychowawcą. Jego postawa dobrze oddawała obywatelski charakter Armii Krajowej.
Do konspiracji przyciągały różne motywacje: chęć kontynuowania walki rozpoczętej jeszcze we wrześniu 1939 r., pragnienie zemsty na okupancie za śmierć bliskich, patriotyzm wyniesiony z domu i wychowanie w kulcie walki o wolność, a także przykład rówieśników. Od 1940 r., gdy coraz powszechniejsze stawało się przekonanie, że wojna potrwa długo, krąg osób zaangażowanych w działalność podziemną szybko się poszerzał. Armia Krajowa liczyła trzysta kilkadziesiąt tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy. Przynależność do niej pozwalała wielu osobom odnaleźć wyższy sens życia w realiach okupacji.
Wynagrodzenie otrzymywała jedynie ścisła kadra dowódcza. Szeregowi żołnierze nie byli objęci etatami, choć starano się ich wspierać w inny sposób. W razie uszczerbku na zdrowiu lub śmierci żołnierza pomoc finansową otrzymywała jego rodzina – pod tym względem AK była jednym z lepszych „pracodawców” w okupowanej Polsce.
Zgodnie z zasadami konspiracji żołnierz powinien znać jedynie swojego dowódcę i dwie, trzy inne osoby. Złamanie tej reguły mogło kosztować życie. W praktyce trudno było jednak uniknąć bliskich więzi. Wbrew zaleceniom wiele osób znało nawzajem swoje imiona i nazwiska, adresy oraz rodziny. Inni z kolei bardzo rygorystycznie przestrzegali zasad bezpieczeństwa. Troska o kolegów i koleżanki silnie wpływała na życie codzienne, a istnienie odrębnych grup rówieśniczych pokazuje, że środowisko konspiracyjne nie było jednolite. Działalność podziemna niekiedy zacierała także różnice między płciami.
Członkowie podziemia uważali, że działają na rzecz współobywateli, i oczekiwali od nich akceptacji oraz wdzięczności. Postawy cywilów były jednak podzielone: jedni cieszyli się z akcji, inni zarzucali konspiratorom prowokowanie Niemców do odwetu. Mimo to warszawska ulica „rwała się do walki”, a napięcie i chęć zemsty narastały w końcu okupacji. Choć część osób odchodziła z podziemia, dla wielu konspiracja stawała się czymś, od czego trudno się uwolnić – wiązały ich z nią silne więzi emocjonalne i świadomość prowadzenia realnej walki.
Zapraszamy na rozmowę z Sebastianem Pawliną, autorem książki Praca w dywersji. Codzienność żołnierzy Kedywu Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej i pracownikiem Muzeum Historii Polski.
Korekta językowa Beata Bińko
